niedziela, 7 maja 2017

Star Trek: Frontiers - recenzja gry

Star Trek: Frontiers to - najprościej rzecz ujmując - nic innego, jak niezwykle popularny Mage Knight wrzucony w galaktyczno-kosmiczną mizerię międzygwiezdną. Ze świata fantasy przenosimy się wprost do świata kapitana Jean-Luc Picard'a. Czy zmiana settingu to wszystko? Skądże! Zapraszam do recenzji.

Nic tak nie boli jak trudna do ogarnięcia mechanika

Stopień skomplikowania Mage Knight'a nadal potrafi skutecznie zniechęcić osoby, które planowały zapoznać się z tym hitowym tytułem. WizKids wynalazło remedium na tę bolączkę i stworzyło grę, która jest niemalże lustrzanym odbiciem MG, jednak w otoczce sci-fi, oraz - a może przede wszystkim - z uproszczoną mechaniką. 
Pierwszą rzeczą o jaką musicie zadbać przed rozłożeniem gry będzie zadbanie o odpowiednią ilość miejsca na stole. Star Trek: Frontiers co prawda nie przeraża po wstępnym setupie, jednak w miarę upływu czasu i dokładania nowych kafli, nasza galaktyka będzie się powiększać.

Fragment scenariusza dla 1 gracza

Bójcie się, bo w istocie jestem straszny!
Co prawda przeładowanie mikrozasadami w stosunku do Mage Knight zostało nieco odchudzone, jednak nadal nie jest to gra lekkostrawna. Na samym początku  przywitamy się z 20-stronicową instrukcją w formacie A4, która zapozna nas z podstawowymi zasadami, umożliwiającymi postawienie pierwszych kroków w grze. Zasady spisano w sposób zrozumiały, acz lekko chaotyczny, oraz opatrzono stosownymi rysunkami i całą masą przykładów. Warto dodać, iż do instrukcji użyto niewielkich rozmiarów czcionki i nowicjusze mogą czuć przemożną chęć odłożenia lektury na później (co czasami prowadzi do pozbycia się gry nim rozegramy pierwszą partię). Po ogarnięciu podstaw mamy kolejną instrukcję, tym razem złożoną z 24 stronic. Tak, również z dość mikroskopowym drukiem. Przed pierwszą rozgrywką spędzicie grube godziny na zapoznanie się z prawidłami gry. Niestety nie ma żadnej drogi na skróty, gdyż żaden z obecnych do tej pory w internecie filmików nie nauczy nas w 100% jak w to grać. Uwierzcie mi, jeśli nie chcecie popełnić żadnych błędów czy przeoczyć ważnych mikrozasad - przeczytajcie instrukcję. Z kubkiem dobrej kawy. Lub najlepiej całym termosem.

Sześciany Borgów i stateczki graczy

Odkryć to, co nieodkryte
Wielkiego zaskoczenia nie ma. Gra polegać będzie głównie na eksploracji nowych terenów, interakcji z przeróżnymi rasami, oraz gwiezdnych potyczkach. Miłośnicy filmowej serii Star Trek poczują się jak w domu! Poziom immersji jaki poczujemy w trakcie gry jest ze wszech miar zadowalający, jednak przyznam, że momentami dochodzi do pewnych zgrzytów podczas podejmowania decyzji. Oto bowiem wcielając się w słynącego ze swej praworządności kapitana Jean-Luc Picard'a, możemy zadecydować o bezpardonowym ataku na stację kosmiczną. Oczywiście o tym, co się stanie decyduje sam gracz, jednak zepchnięcie Picarda do rangi kosmicznego rzezimieszka wydaje się mocno nie na miejscu. Każdy nasz uczynek jest natychmiastowo monitorowany na torze reputacji, co w rezultacie ma swoje późniejsze konsekwencje w grze.

Znajome twarze? ;)

Czy na sali jest jakiś kalkulator?
W czasie gry naszym głównym orężem będą karty dobierane na rękę ze stale powiększającego się decku. Karty pozwalają nam na szereg czynności i mają różne zastosowania, jednak podstawowym ich zadaniem jest wspomaganie nas w walce. A walczyć będziemy całkiem często. Kosmiczne bitwy są przedstawione w sposób niezwykle przejrzysty. Najpierw uruchamiamy działa dalekiego zasięgu, dzięki którym możemy zniszczyć wroga zanim ten zdoła zareagować (oczywiście pod warunkiem że mamy odpowiednie karty na ręce). Następnie wchodzimy w obszar działania laserów bliskiego zasięgu gdzie następuje wymiana ognia. 

W przypadku naliczania obrażeń jakie otrzyma nasz statek, mamy do czynienia z jednym z najbardziej przedziwnych sposobów obliczeń. Obrażenie to pociągnięcie karty uszkodzeń do naszego decka (ot, taka zawadzajka zajmująca miejsce), następnie zredukowanie łącznej liczby uszkodzeń o obronę naszego kapitana i pociągnięcie kolejnej karty uszkodzeń, jeśli liczba obrażeń nie spadła w ten sposób do zera. Z doświadczenia wiem, iż wielu graczy ma z tym lekki problem.

Komponentów cała masa

W Star Trek: Frontiers rozgrywać będziemy scenariusze, skompilowane dla nas pod koniec instrukcji. Szału fabularnego nie uświadczymy. Uwolnij stacje badawcze od fazerów najeźdźców, dotrzyj jako pierwszy do tunelu czaseprzestrzennego, czy też zniszcz sześciany Borgów. Z tymi ostatnimi przyjdzie nam walczyć najczęściej i jest to nasz główny oponent w czasie rozgrywki, niczym orki z Władcy Pierścieni. 
Do pomocy w naszych kosmicznych misjach zwerbować możemy przeróżne postacie znane z różnych serii i sezonów Star Treka. Ich liczba jest naprawdę imponująca, co ogromnie cieszy i pozwala zmontować taką załogę o jakiej zawsze marzyliśmy (Siedem z Dziewięciu i porucznik Data)! Tuż obok eksploracji kosmosu i odkrywania nowych planet jest to zdecydowanie mój ulubiony fragment gry. 

Od różnego rodzaju kart może nas lekko rozboleć głowa

Panie Spock, proszę się przygotować do teleportacji!
Misje naziemne, czyli esencja Star Treka. Tak jest, są i tutaj obecne! Co prawda nie są to jakieś cuda i figurkowe zmagania ala Imperial Assault, ale ich obecność i sposób przeprowadzania są bardzo przyjemne. Odkryliśmy nową planetę klasy K? Zbieramy ekipę i lecimy na misję rozpoznawczą. To, jakie będzie podejście do napotkanej przez nas rasy zależy tylko i wyłącznie od nas. Posłużymy się szlachetną sztuką dyplomacji, czy zechcemy urządzić małą pacyfikację planety i podbić ją w imieniu naszych mocodawców? Zrobimy tak, jak nam się podoba.
Nasze decyzje mogą być również uzależnione od statku którym zechcemy dowodzić. Do wyboru mamy ich 4:

Enterprise - Jean-Luc Picard
Defiant - Benjamin Sisko
Negh'Var - Martok
D12 Bird of Prey - Siostry Duras

Każdy statek to oddzielny zestaw tokenów, a przede wszystkim osobna talia kart, dopasowana do rasy którą reprezentujemy.

Nie zabraknie i turlania :)

Bardzo przepraszam, ale butów nie zamawiałem
Pierwszy kontakt z grą miałem ponad pół roku temu i nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zalew dość średnio wyglądających kart. i niektórych ohydnych wręcz żetonów (tragiczne znaczniki obrażeń) wywołał niesmak. Poza tym pudełko przypominające opakowanie od butów i przeogromna instrukcja, która potrafi zniechęcić do gry jak mało która. Mage Knight cierpi na podobne schorzenia, a jest grą naprawdę świetną, więc nie wahałem się aby dać szansę i Star Trekowi. No i nie zawiodłem się! Po lekturze zasad i pierwszych partiach, które rozgrywałem samotnie, nastąpił okres fascynacji tym tytułem. Star Trek: Frontiers nie schodził z mojego stołu przez okrągły miesiąc. Odkrywanie nowych galaktyk, awansowanie na nowe poziomy, spotkania z rozmaitymi rasami, rekrutacja ulubionych członków załogi znanych dotychczas wyłącznie z ekranu, emocjonujące starcia i tworzenie swojego międzygwiezdnego karcianego decku. Gra pochłonęła zarówno mnie, jak i jednego z moich kompanów, który co prawda nie był wielkim fanem telewizyjnego Star Treka, jednak galaktyczne przygody w pełni zaspokoiły drzemiącą w nim żyłkę kosmicznego pirata.

Jeszcze więcej kart - a to tylko namiastka tego co siedzi w pudle

Gdybym miał przedstawić pełną listę możliwości jakie Star Trek: Frontiers oferuje i zagłębić nieco bardziej w mechanikę, recenzja zajęłaby o wiele, wiele więcej miejsca. Ogrom możliwości, przeróżne interakcje, kombinacje i niczym nieskrępowana eksploracja. Do tego wariant dla jednego gracza, opcja kooperacji i walki pomiędzy graczami. Dzieje się!

Przyznam, że obfitość komponentów, posortowanie kart i zapoznanie się z instrukcjami mogą nas lekko oszołomić, jednak gdy przymkniemy oko na nie do końca doskonałą oprawę graficzną i odpowiednio przygotujemy do kosmicznych podróży, przeniesiemy się do fascynującego świata, w którym na każdym nowo odkrytym kaflu czekać nas będą nowe wyzwania. Star Trek: Frontiers najlepiej sprawdza się w wariancie dla 1-2 graczy. Mniejsze przeludnienie kafli, które ważne jest zwłaszcza w początkowej fazie gry gdy chcemy niepostrzeżenie przemknąć przy romulańskim myśliwcach, a złośliwy KTOŚ blokuje nam drogę, a także płynniejsza rozgrywka. No i gra nie zajmuje aż tyle miejsca na stole. 

Najpoważniejszą wadą jest jednak mnogość zasad, z którymi jednak trzeba się jakoś zapoznać. Oprócz tego, jeśli nie będziecie w miarę regularnie wracać do tego tytułu, szybko zapomnicie niektóre reguły, co doprowadzi do ponownego sięgnięcia po spis zasad i jego przewertowania.

Star Trek: Frontiers to uproszczony Mage Knight w którym postawiono na kompletnie inny setting i przedstawienie tej samej, choć bardziej strawnej dla początkujących mechaniki. Piękna podróż poprzez Star Trekowy świat, zatrzęsienie kart i żetonów, mnóstwo mniejszych i większych rodzajów interakcji, mnogość opcji i przede wszystkim uczucie eksploracji i odkrywania najdalszych zakątków wszechświata. Ot planszówkowe brzydkie kaczątko, które ze średniej urody poczwarki wyrasta na pięknego łabędzia :) 


Wiek: od 14 lat  
Ilość graczy: 1-4 
Czas rozgrywki: 60-180 min.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz